Karolina siedziała w autobusie miejskim, tuż obok okna i obserwowała udekorowane lampkami sklepy i śnieg pokrywający dachy miasta. Był to ten sam autobus, którym codziennie przez ostatnie tygodnie dojeżdżała na praktyki do szpitala razem ze znajomymi. Dziś jednak, na dwa dni przed Wigilią Bożego Narodzenia, jechała zupełnie sama. Wszyscy znajomi już wczoraj rozjechali się do swoich domów, z prezentami w walizce dla najbliższych, uśmiechem na twarzy i wielką potrzebą odpoczynku. Od kilku tygodni mieli praktykę na chirurgii, a jest to jeden z cięższych oddziałów, do tego z oddziałową jawnie ukazującą niechęć do studentów. Karolina również na święta wraca do domu, ale teraz jej głowę zaprzątały inne myśli. Bała się, że nie pozna jej bez pielęgniarskiego, białego mundurka. Bała się, że gdy wejdzie w czerwonym płaszczu i rozpuszczonych włosach to on spyta „kim pani jest?”. Musiała jednak go odwiedzić.

Autobus z lekkim szarpnięciem zatrzymał się na ostatnim przystanku i Karolina wolnym krokiem poszła w kierunku szpitala. Dziwnie było jej iść od razu schodami w górę, prosto na oddziały, a nie w dół gdzie w podziemiach znajdują się szatnie dla personelu i studentów. Dziwnie czuła się idąc korytarzem bez białego mundurka, który czasem sprawia, że nawet obce osoby mówią dzień dobry lub pytają jak trafić na jakiś oddział. Dziwne również było wsiąść do „normalnej” windy zamiast do tej przeznaczonej dla przewozu pacjentów i dla personelu.

Głośne biiiiiip obwieściło dotarcie na czwarte piętro i Karolina podeszła pod wielkie szklane drzwi z napisem ODDZIAŁ CHIRURGI OGÓLNEJ. Wpisała znany kod i pchnęła drzwi.

Na oddziale panował względny spokój. Była dziesiąta rano, zatem pora już po pielęgnacji i obchodzie, ale jeszcze przed obiadem i zmianą opatrunków. Był to czas, gdy pielęgniarki mają chwilę czasu na zjedzenie czegoś, ułożenia leków i spisanie rannego raportu.

Szybko przeszła przez korytarz i weszła do jego sali. Patrzył w okno. Kikuty jego amputowanych nóg były ułożone wyżej na kocu, tak jak zalecono, a do venflonu założonego na prawe przedramię wolno kapała kolejna kroplówka przeciwbólowa.

Kiedy Jerzy trafił na oddział, Karolina odbywała tutaj pierwszy dzień praktyk. Przenieśli go tu z SORu, gdzie został przywieziony przez ratowników. Podobno leżał gdzieś w rowie, tuż obok chodnika, pijany do nieprzytomności przez kilka godzin. Przez te kilka godzin przeszło obok niego mnóstwo ludzi. Nikt się nie zatrzymał. Kilka godzin musiało upłynąć, żeby dziś, w czasach, gdy każdy ma przy sobie telefon, ktoś zadzwonił po pogotowie. Gdy na SOR trafia ktoś pijany, z unoszącym się zapachem fermentującego alkoholu, a do tego w zsikanych spodniach, większość traktuje go jak alkoholika, który sam sobie jest wszystkiemu winny. Tak też odbierano Jerzego. Dopiero po kilku dniach okazało się, że alkoholikiem nie jest. Wytrzeźwiał, nie miał objawów delirium, ani żadnych innych objawów odstawienia. Karolina nigdy nie rozmawiała z nim o tym incydencie, ale przypuszczała, że tym właśnie była ta sytuacja. Incydentem. Jednorazowym, być może nieprzemyślanym, spożyciem zbyt dużej dawki alkoholu. Zwykły przypadek, który zdecydował o tym, że ludzie przyklejając mu odpowiednią etykietę odmówili mu pomocy. Dlaczego? Bo mu się nie należy? Bo jest gorszy? A kto o tym decyduje? Ten sam przypadek sprawił, że kilkugodzinny pobyt w rowie początkiem grudnia zakończył się odmrożeniem obu stóp czwartego stopnia. Nie miał w nich czucia. Czekano jeszcze kilka dni, ale palce stawały się coraz czarniejsze, a czucie nie wracało. Martwica. Najpierw amputowano mu tylko palce. Wszystkie dziesięć u obydwu stóp. Jerzy nie przejmował się tym zbytnio. Wiedział, że trudniej będzie mu się poruszać, ale wierzył, że będzie to możliwe. Karolina polubiła starszą pielęgniarkę opatrunkową, która wiedzę miała potężniejszą niż niejeden lekarz i codziennie towarzyszyła jej przy zmianie opatrunków. Po kilku dniach pielęgniarka pozwoliła część opatrunków wykonywać Karolinie samodzielnie. Na przykład te u Jerzego. Przychodziła do niego codziennie, zwłaszcza gdy było mniej pracy na oddziale, a na korytarzu był zbyt duży natłok studentów i groziło to natarciem nieprzyjemnej oddziałowej. Opowiadała mu o tym, że ma dużo nauki na studiach, że oddziałowa jest nie przyjemna i że jej siostra niebawem wychodzi za mąż. On natomiast opowiadał jej, jak dawniej pracował jako kontroler jakości, że ma rentę i że nudzi mu się na oddziale. Że lubi czytać, a w tym szpitalu nie ma żadnej biblioteki, a dodatkowo chwilowo jest przykuty do łóżka. Zaprzyjaźnili się. Choć może to za duże słowo, ale z pewnością obydwoje umilali sobie czas i cenili sobie nawzajem swoje towarzystwo.

Rana po amputacji nie chciała się zabliźnić, zwłaszcza ta na prawej stopie i w ciągu zaledwie dwóch dni przybierała niemal wszystkie możliwe kolory tęczy. Amputowano całą stopę. Wraz z kostką. Po kilku dniach lewą również. Wtedy przygasł nieco w oczach. Stara, mądra pielęgniarka opowiadała mu czasem o różnych protezach, ale on jakby nie słuchał. Przez cały ten czas nikt go nie odwiedził.

Po następnych kilku dniach pobrano próbkę ropy na badania, która nieustannie wyciekała z ran i wykryto zakażenie. Amputowano łydki.  Zakażenie nie minęło, amputowano obydwie kończyny aż do połowy uda. Wtedy zgasł. Zakładano mu pampersa, a w jego oczach malowała się obojętność. Również obydwa kikuty zabezpieczano pampersami i układano wyżej na dodatkowym kocu. Już nie miał ochoty na dawne rozmowy z Karoliną i tylko czasem, gdy do niego przychodziła, zamiast standardowej obojętności i rezygnacji dostrzegała w jego oczach zamyślenie. Jakby wspominał każdą minutę swojego życia  z osobna.

Jego pobyt w szpitalu trwał już czwarty tydzień, a nadal nikt go nie odwiedził. Karolina wielokrotnie chciała go spytać o jego przeszłość i rodzinę, ale nigdy się na to nie odważyła. Gdy stara, mądra pielęgniarka pytała go, gdzie się uda po wypisie ze szpitala- milczał. Następnego dnia przyniosła mu ulotkę Domu Samotnego Mężczyzny.

Dwudziestego pierwszego grudnia był ich ostatni dzień praktyk. Dostali ocenę, pielęgniarki podziękowały studentom za pomoc, a studenci im za wyrozumiałość i w radosnym, świątecznym już uniesieniu każdy jak najszybciej biegł do szatni zrzucić swój pielęgniarski mundurek, aby nie patrzeć  na niego przez całe święta. Karolina zanim opuściła oddział, chciała jeszcze pożegnać się z Jerzym. Powiedziała mu, że wraca do domu na święta i że to jej ostatni dzień na tym oddziale. Życzył jej wesołych świąt, ale nie spojrzał na nią.

I to jego niespojrzenie gryzło ją od środka. Nie dawało spokoju. Jego oczy skierowane do okna paliły ją do żywego. Nie wyobrażała sobie teraz tak po prostu wrócić do domu, gdzie czeka na nią zdrowa, pełna rodzina, a wokół unosi się zapach pierniczków, makowca i kolęd. Tego samego dnia wstąpiła do księgarni i kupiła książkę, o której niegdyś, za czasów jeszcze jego spojrzenia pełnego nadziei, obydwoje rozmawiali. To znaczy Karolina mu o tej książce opowiadała, a on słuchał.

Chciała napisać dedykację, ale bała się. Co może napisać czterdziestokilkuletniemu, samotnemu mężczyźnie, który stracił obie nogi i wszelką nadzieję, na dzień przed samotnie spędzoną Wigilią w szpitalu?

Po namyśle, na pierwszej stronie książki, tuż pod tytułem „Łuk Triumfalny”, napisała:

To moja ulubiona książka. Może dlatego, że porusza głębokie, ważne tematy, może przez pięknie ujęte myśli lub cudowne opisy. Tak czy inaczej to moja ulubiona książka, a podczas jednej z naszych rozmów pomyślałam, że powinien Pan ją przeczytać. Ma Pan oczy człowieka, który wiele w życiu przeszedł. Jak Ravic. Mam nadzieję, że się Panu spodoba 🙂  ~ Karolina

Zapakowała książkę w szary papier i obwiązała czerwoną wstążką.

A teraz stoi na korytarzu i przygląda się kapiącej przeciwbólowej kroplówce wprost do jego żyły.

– Dzień dobry, poznaje mnie pan?- zaczęła, gdy Jerzy niespodziewanie odwrócił głowę w jej stronę.

– Karolina- wyszeptał cicho. Zdawało się jej, że dostrzega przebłysk uśmiechu w tonie jego głosu- co tu robisz?

– Przyszłam pana odwiedzić.

Bała się, że dojrzy w jego oczach nie tylko zdziwienie, ale i kpinę. Nie patrząc więc na niego rozejrzała się po sali, zabrała krzesło spod okna i przystawiła je tuż obok łóżka Jerzego. Dopiero teraz na niego spojrzała.

– Bałam się, że nie pozna mnie pan bez mundurka. W normalnym ubraniu człowiek wygląda zupełnie inaczej. Jak się pan dzisiaj czuje?

Opowiedział jej jak się czuje i opowiedział wiele innych rzeczy. Rozmawiali ze sobą jak dawniej, jak przed amputacjami. Czuła, że ucieszył się z jej wizyty. Pytał kiedy wraca do domu i prosił, aby przekazać dla całej rodziny pozdrowienia. Pytał czy jest ładnie udekorowane miasto i czy odśnieżają chodniki. Wspólnie szczegółowo rozprawiali na temat niechęci do oddziałowej i analizowali pozostałe pielęgniarki.

– Muszę już iść- powiedziała w końcu Karolina, gdy usłyszała zbliżający się, terkocący wózek z jedzeniem- Mam dla pana prezent.

Wyjęła z torebki zapakowaną książkę, kładąc mu ją na łóżku tuż obok dłoni. Bojąc się, że nie będzie chciał jej przyjąć, mówiła coraz szybciej, nie chcąc dopuścić go do głosu.

– Mówił pan kiedyś, że się tutaj panu nudzi, więc przyniosłam coś, żeby w święta nudziło się panu trochę mniej. I pewnie już się nigdy więcej nie zobaczymy-dodała- a chcę żeby miał pan po mnie pamiątkę.

Łzy.

W jego oczach. Na policzkach. I torujące sobie ścieżkę pośród gęstego zarostu.

Dłonią oplótł jej dłoń. Mocno.

– Dziękuję- wyszeptał łamiącym się głosem, patrząc jej głęboko w oczy.

Wychodząc ze szpitala była wstrząśnięta myślą, jak jedna chwila może zbliżyć do siebie dwoje obcych ludzi.

Wsiadła do autobusu i pojechała na dworzec. Teraz czuła, że może wracać do domu, gdzie czeka na nią zdrowa, pełna rodzina, a wokół unosi się zapach pierniczków, makowca i kolęd.