Czym tak właściwie jest dom?

Można powiedzieć, że to budynek, gdzie mieszkamy, śpimy, gdzie mamy szafę z swoimi ubraniami i ulubiony kubek.

Albo, że dom jest tam, gdzie czeka na nas ktoś bliski.

Jednak najczęściej gdy myślimy o domu mamy na myśli miejsce, gdzie czujemy się komfortowo. Gdzie zdejmujemy maskę nienagannie dobrego wychowania i odklejamy z ust starannie przyklejony, serdeczny uśmiech. Nie za wąski, ani nie za szeroki, taki w sam raz. Kładziemy go w łazience, tuż obok lustra i szczoteczki do zębów, aby w gotowości czekał na następny dzień.  Do szafy odkładamy elegancję, zastępując  ją dresami lub legginsami, zmywamy makijaż, a włosy wiążemy rozciągniętą gumką na czubku głowy. Gdyby szukać synonimu słowa „dom” z pewnością byłaby nią „swoboda”.

Dom to miejsce, gdzie jesteśmy może nie najpiękniejszą i najbardziej efektywną, ale z całą pewnością najprawdziwszą wersją siebie.

Małgorzata  dokładnie w ten sposób charakteryzowała słowo „dom”. Każdą sobotę do południa spędzała w piżamie i pomimo nieustannych, sarkastycznych komentarzy swoich braci przynajmniej raz w tygodniu olejowała włosy i zakładała maskę pod czepek. Wściekle różowy. Raczej mało wyjściowy.

Słowa „komfort” i „swoboda” nadal były dla niej priorytetowe, szukając mieszkania i współlokatorów w mieście, gdzie studiowała i podejmowała pierwszą pracę.

Nigdy nie pomyślałaby, że może być inaczej. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiała.

Aż do momentu zamieszkania z teściami.

Scenariusz ten był zarówno dla Małgorzaty jak i dla jej przyszłego męża oczywisty na długo przed ślubem. Nie z przyczyn finansowych oszczędności czy z wygody. Nie po to, jak zdarzało się Małgorzacie usłyszeć, aby mieć obiad gotowy i dzieci przypilnowane.

Decyzja ta była raczej wynikiem zakorzenionych powinności  jej męża- jedynaka wobec rodziców. Chęci zapewnienia im na starość nie tylko odpowiedniej opieki ale i towarzystwa. Istotna  była też powinność wobec ojcowizny- coś co nadal jest bardzo istotne w małych miejscowościach, gdzie dom i kawałek pola jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. Istotne tym bardziej, jeśli jest się jedynym dzieckiem.

Małgorzata dobrze rozumiała swojego, wówczas jeszcze chłopaka, a później narzeczonego, bo sama pochodziła z małej miejscowości i również te powinności miała w sobie zakorzenione. Ona jednak miała kilkoro rodzeństwa mieszkającego jeszcze w domu rodzinnym, więc  wiedziała, że może, a nawet powinna się wyprowadzić.

Poza tym swoich przyszłych teściów szczerze bardzo lubiła, a swój charakter pozytywnie oceniała pod kątem opanowania, chęci kompromisów i zgody. Jednak przede wszystkim nie chciała stawiać swojego przyszłego męża w sytuacji, gdzie musiałby wybierać pomiędzy nią i wrodzonymi powinnościami. Chciała, żeby miał wszystko na czym mu zależy. Myślała, że da radę. Że krępująco i nieswojo będzie przez kilka pierwszych miesięcy, ale później będzie na tyle swobodnie, że nadal będzie w soboty do południa chodzić w piżamie i paradować w swoim wściekle różowym czepku.

Myliła się.

Od chwili zamieszkania z teściami minęło nie kilka miesięcy a kilka lat, a Małgorzata nadal jak widzi teściów to prostuje podkurczone nogi, bo czuje się nieswojo siedząc przy nich w ten sposób. Nigdy nie pokazała się przed nimi w czepku, a piżamę z niebieskim królikiem szczelnie chowa pod szlafrokiem. Nigdy też w szlafroku nie wychodzi na ławkę przed dom napić się porannej kawy, ani nie włącza głośno swojej ulubionej muzyki.

Czy przestała lubić swoich teściów?

Nie. Nadal uważa, że to przede wszystkim dobrzy ludzie, którzy bardzo się starają, żeby w ich domu panowała zgoda. A od roli stereotypowych, demonicznych teściów jest im daleko.

Tylko w tym właśnie tkwi sęk. Że to ich dom.

Małgorzata wielokrotnie poruszała z mężem temat wyprowadzki, ale nie doszli do porozumienia. Głównie dlatego, tuż obok powinności, że wprowadzając się do teściów znacząco rozbudowali dom, biorąc kredyt na ten cel.

Gdyby zapytać Małgorzatę o czym najbardziej marzy odpowiedziałaby, że tęskni za swoim różowym czepkiem upchanym w kącie łazienkowej półki. Że chciałaby sama, bez konsultacji z kimkolwiek posadzić kwiaty lub pietruszkę, tam gdzie właśnie ona tego chce. Nie dzielić się z nikim pieczeniem ciast na święta czy robieniem przetworów. Chciałaby również móc, kiedy tylko najdzie ją ochota gotować zupę pomidorową ubrana tylko w czerwone szpilki i fartuszek.

Chciałaby mieć na nowo dom i przestać być bezdomną z dachem nad głową.

_______________________________________________________________________

Co sądzicie o problemie Małgorzaty?
Jaki stosunek macie do mieszkania z teściami lub własnymi  rodzicami? Jesteście na tak czy w ogóle nie bierzecie tej opcji pod uwagę?
Czy mieszkając z teściami można poczuć się jak w domu?
A może ktoś z Was jest w takiej sytuacji i odnajduje się w niej lepiej niż Małgorzata?
Podzielcie się, proszę swoimi przemyśleniami w komentarzach.