Dzisiejszego wieczoru włożyłam krótką, czarną sukienkę i czarne rajstopy. Paznokcie miałam wymalowane w odcieniu cielistego różu, bo wiem jak cenisz sobie stonowaną elegancję. Nawet powieki miałam pokryte cieniem w podobnym kolorze, które ostatni raz użyłam na wesele kuzynki w zeszłym roku, a ciało spryskałam cytrusową wodą toaletową. Tą od ciebie.

Nie widziałam cię tydzień i czekałam na ten wieczór. W czwartek widziałam się z koleżanką i po drugiej butelce wina rozmawiałyśmy o tobie. Powiedziała mi, że w jej odczuciu jestem dla ciebie zbyt oschła i że zbyt mało daję ci do zrozumienia, że jestem tylko twoja, a ty tylko mój.

Nie mówiłam jej tego, ale kilka dni wcześniej sama doszłam do takiego wniosku i chciałam zaprosić cię na randkę. Taką prawdziwą, z zaskoczenia, ciekawą i romantyczną. W mieście z okazji jesieni organizowany był koncert rockowy, podczas którego miały być grane utwory zmarłych, znanych artystów: Nirvana, Dżem, Jimi Hendrix i inni… spodobałoby ci się. Chciałam cię zaprosić. Chciałam ci zrobić niespodziankę. Kupiłam specjalnie nową sukienkę (z second handu, ale świeżo kupiona, więc nowa). Fioletową, u dołu rozkloszowaną, trochę może zbyt krótką. Kupiłam nowe perfumy, którymi w dniu koncertu chciałam się spryskać po raz pierwszy. Chciałam żeby coś się ożywiło, żebyś mnie odkrył na nowo.

Bilety były sprzedawane w poniedziałek od ósmej rano. Ja poszłam po trzynastej. Wszystkie były już wyprzedane. Wybacz.

Perfumy, które miały tworzyć atmosferę nowości poznałeś już na dworcu z którego mnie odbierałeś, a randka-niespodzianka zamieniła się w kolejny wieczór przy herbacie i z zgadywaniem, kto bardziej powstrzymuje się od ziewania. Wybacz.

Dzisiejszym wieczorem próbowałam ratować resztki moich planów. Ubrałam krótką sukienkę i rozpuściłam włosy. Wczoraj upiekłam ciastka, kawę podałam ci w najlepszej filiżance. Zrobiłam nawet sałatkę jarzynową, twoją ulubioną, którą chciałam ci zapakować do plastikowego pojemnika na następny dzień do pracy, aby choć trochę zbliżyć się do twojej codzienności, ale nawet to mi nie wyszło. Wybacz.

Tęskniłam. Wiem, że ty też. Pocałunek na przywitanie odbyliśmy już na kuchennym stole, a ja rozkoszowałam się zapachem twojej skóry. Chciałam wdychać jej woń milimetr po milimetrze, aby tuż po zamknięciu oczu móc sobie ją dokładnie przywołać, wyobrażając sobie, że leżysz tuż obok i że wystarczy tylko obrócić twarz, aby na ciebie spojrzeć. Z resztą, z tego samego powodu poprosiłam cię przed ostatnim wyjazdem o koszulkę. Spałam w niej, wyobrażając sobie, że cienka bawełna to twoje ramiona.

Ile trwa miłość? Zastanawiałeś się kiedyś? Ja tak. I znalazłam tylko jedną satysfakcjonującą mnie odpowiedź: tak długo dopóki ją podtrzymujemy. Fascynacja może mija, ale w miejsce niej wchodzi niezaspokojona tęsknota. Ja przynajmniej tak mam. A ty?

Później siedzieliśmy na kanapie. To znaczy ty siedziałeś, a ja znalazłam odpowiednie legowisko na twoich kolanach. Wtuliłam się w ciebie, ty mnie obejmowałeś. Tak długo czekałam na tę chwilę. Pełną spokoju, zsynchronizowanych oddechów i splecionych dłoni.

Gdy zapadł zmierzch zapaliliśmy białą świecę, dającą migotliwy półmrok, i ja, rozmiękczona przez nastrój i twoją czułość całego dnia powiedziałam ci o tym. Tylko tobie. Błagam, nie każ mi tego powtarzać. To nie było łatwe przyznać się, że coś we mnie nie działa.

Powiedziałeś, że przeraża cię co do ciebie mówię. Powiedziałeś, że jak zwykle przesadzam. Powiedziałeś to głośno. Zbyt głośno- zagłuszając nastrój świec i intymności.

A ja chciałam tylko, żebyś mnie przytulił i powiedział, że dla ciebie jestem najlepsza, dobra i piękna. Zarówno fizycznie jak i duchowo.

Bo przecież tak uważasz, prawda?

Prawda?!?!

Bo wiesz… w czwartek byłam u koleżanki i powiedziała mi, że zbyt mało dajemy sobie do zrozumienia że jesteś mój, a ja twoja…