Mam dobre życie, wspaniałego męża i fajną pracę. W przyszłości planujemy dzieci i budowę domu.  Za kilka miesięcy, gdy zacznie się lato chcę pojechać pod namiot nad jezioro, a w sierpniu chcę uczestniczyć w ceremonii ślubnej mojej przyjaciółki. I jak każda osoba młoda i zdrowa uważałam to za oczywistość, sądząc, że wcale nie mam wielkich marzeń, a jedynie oczywiste  plany. A co jeśli nigdy miały by się nie spełnić?

Od zawsze interesował mnie człowiek. W każdym znaczeniu tego słowa, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Fascynuje mnie biologia człowieka, jego anatomia i procesy jakie w nim zachodzą. Od zawsze marzyłam, żeby zgłębić ludzką psychikę, jako nastolatka dużo bardziej pociągała mnie literatura psychologiczna aniżeli romanse czy kryminały. Nie zdziwię Was więc, że biologia, na równi z językiem polskim, była moim ulubionym przedmiotem szkolnym, a zawód, który dziś wykonuję jest kontynuacją moich zainteresowań.

Aktualnie czytam książkę o mózgu, a dokładnie o analizie stanu wegetatywnego i szarej strefie świadomości. Sięgnęłam po tę książkę mając nadzieję uzyskać odpowiedzi na pytania: kiedy w człowieku rodzi się i umiera świadomość? Czy ma ją noworodek? A płód? A osoba od kilku lat nieprzytomna?

I choć głęboko kocham taką tematykę, przyznam, że ta książka przerasta mnie. A raczej przeraża. Co kilka stron przetaczane są przykłady osób, które w bardzo młodym wieku doznały rozległego uszkodzenia mózgu, z różnych powodów jak np. wypadek komunikacyjny, omdlenie i niefortunny upadek, czy wreszcie udar lub wylew mózgu. Oczywiście nie pierwszy raz spotykam się z takimi historiami, ale tym razem, nie wiem dlaczego, odbieram je bardziej  osobiście. Nie potrafię spokojnie czytać o kobiecie, która w wieku osiemnastu lat upadła z roweru i leży nieprzytomna od ponad dwudziestu lat, a nauka nie jest w stanie jednoznacznie odpowiedzieć  czy zdaje sobie sprawę ze swojego położenia czy też nie. Przeraziło mnie to jak nigdy dotąd. Zawsze podchodziłam do takich historii jak do przykładów medycznych, a tym razem utożsamiam się z pacjentami.  Przecież to się może przytrafić każdemu z nas. Mnie również.

Wiecie co według mnie jest najpiękniejsze, a zarazem najbardziej przerażające w życiu?

To, że nie wiadomo co nas czeka.

Bo może za kilka lat będę mieszkać w nowym, wybudowanym domu, z moimi dziećmi o równie niebieskich oczach jak mój mąż, a ja w sobotnie poranki będę piec chałkę albo bułeczki cynamonowe. Będę aktywna, częściej niż teraz będę jeździć na mój ukochany basen i co roku z całą rodziną będziemy wyjeżdżać na wakacje. Może rozwinę bloga, a czytać mnie będzie kilkanaście tysięcy czytelników, którzy z niecierpliwością będą czekać na kolejny post, tak jak ja niecierpliwie czekam na posty obserwowanych przeze mnie blogów. Być może. A być może wydarzy się coś, co wszelkie te idealistyczne plany przekreśli raz na zawsze. Choroba moja, męża lub dzieci. Wypadek. Z resztą myślę, że sobie poradzimy, ale te rzeczy paraliżująco mnie przerażają.

I wiecie… chyba nie dokończę tej książki.

Zupełnie jak nie ja, marzę teraz o jakiejś lekkiej, przyjemnej (ale nie infantylnej) powieści. Coś odpowiedniego na wiosnę. Możecie coś polecić?