Zamknij oczy.  Przypomnij sobie swojego najlepszego przyjaciela. Może to ktoś z kim razem w przedszkolnej stołówce wybierałaś znienawidzony groszek z zupy? Może koleżanka, z którą już w Podstawówce zdradzałyście sobie sekrety, chodziłyście po szkolnych korytarzach trzymając się pod ręce i obowiązkowo wspólnie chodziłyście do łazienki? Może to kumpel z którym spróbowałaś pierwsze piwo i pierwszego papierosa? Może to ktoś, kogo poznałaś na studiach lub w pracy? A może dla ciebie najlepszym przyjacielem jest ktoś z rodziny, ktoś kto zawsze cię wspiera? Mama, tata, siostra? Albo mąż?

No dalej, zamknij oczy i przywołaj z pamięci twarz osoby, która jako pierwsza pozycja wyskakuje po wpisaniu w twojej głowie hasła „przyjaciel”. Tak abyś wyraźnie ją widziała tuż przed powiekami.

Przypomnij sobie teraz jak czujesz się w towarzystwie tej osoby. Jak czujesz się kiedy z nią rozmawiasz lub gdy się wygłupiasz. Uświadom sobie, jak ważną rolę w twoim życiu odegrała ta osoba.

A teraz przypomnij sobie co cię w tej osobie denerwuje. O co się kłócicie i z jakiego powodu niejednokrotnie miałaś jej dość.

Masz?

Zauważyłam, że sporo ludzi w danym momencie potrafi się skupić tylko na zaletach lub wadach drugiej osoby. Najbardziej jaskrawo, wręcz neonowo widać to w relacjach damsko-męskich. Często zapominamy, że zarówno te kolorowe strony jak i te w odcieniach szarości tworzą integralną, spójną i nierozerwalną całość.

I to właśnie w ten sposób chciałabym wam przedstawić najważniejszą osobę mojego życia. Chcę żebyście ją poznali naprawdę. Polubili lub nie, ale byście zobaczyli w niej to co ja widzę. I to, że widzę również wady, nie zmienia faktu, że bezapelacyjnie jest to najważniejsza osoba w moim życiu.

Ona jest kobietą. Delikatną. Bardziej wstydliwą niż pewną siebie. Choć wiem doskonale, że stara się to zmienić. Jest introwertyczką. Lubi czytać książki, pić herbatę, koniecznie zieloną i słuchać jak krople deszczu delikatnym szelestem zapraszają ją na spacer. Ma problemy z zaśnięciem podczas pełni, największą słabość czuje do chipsów, choć zawsze powtarza, że to już jej ostatnia paczka i niemal za każdym razem płacze oglądając „Pocahontas”.

Pod wieloma względami jest typową, stereotypową kobietą. Nie interesuje ją polityka. Do dzisiaj gubi się w mieście, w którym mieszka już czwarty rok, czasem gaśnie jej samochód na skrzyżowaniu, a na widok napisu „promocja” potrafi rozstać się z połową zawartości portfela. Ze sportu przyjaźni się jedynie z jogą, lubi nosić sukienki i rozpuszczone włosy.

Jest też ambitną, upartą idealistką, a to chyba najgorsze połączenie i głęboko wierzy, że wszystko jest możliwe dzięki ciężkiej pracy, wytrwałości i pozytywnemu podejściu.

Jej największym lękiem jest przeciętne życie. Przeciętna osobowość. Przeciętne istnienie. Na drugim miejscu jest poród.

A jej największe marzenie? Hmm…. Ona nie lubi tego słowa. Zwykła mawiać, że wszystkie jej marzenia są planami i uparcie twierdzi, że to kolosalna różnica. A planów ma naprawdę wiele.

Przechodząc do głównego tematu, czy wiecie dlaczego ona zawsze, ale to zawsze będzie dla mnie najważniejszą osobą mojego życia?

Bo jest.

Nie tak dawno, miałam po raz pierwszy wystąpić publicznie, czego się panicznie bałam. To właśnie ona pomogła mi się przygotować. Oglądała filmiki z poradami w jaki sposób odpowiednio przemawiać. Oceniała, czy przyjmuję dobrą postawę, czy odpowiednio gestykuluję i moduluję głos. Zrobiła prezentację i cierpliwie, po kilkadziesiąt razy dziennie powtarzała przygotowany tekst. A kiedy wszystko zakończyło się sukcesem, cieszyła się i była ze mnie dumna jak nikt inny. Bo nikt inny nie wiedział ile mnie to kosztowało.

To ona przeżywała lęk, gdy po raz pierwszy wchodziłam na pokład samolotu. Tylko ona wie, że uszy podczas lotu bolały mnie tak bardzo, że podejrzewałam u siebie pęknięcie bębenków i zastanawiałam się, czy linia lotnicza wypłaci mi odszkodowanie i dożywotnią rentę za utratę słuchu. I tylko ona, nie uznała tego pomysłu za absurdalny.

Towarzyszyła mi również podczas dwumiesięcznego pobytu w obcym kraju, którego języka nie rozumiałam. Tylko ona wie ile łez samotności i tęsknoty tam zostawiłam. I tylko ona wie, jak ten pobyt mnie zmienił: nauczył odwagi, ale i większej przynależności do mojej Polski.

Tylko ona wie, jakie obezwładniające przerażenie czułam, gdy zauważyłam na piersi wgniecenie. Wciągnięcie skóry. Znała wszystkie moje myśli pod tytułem: Czy mówić o tym mojemu narzeczonemu? Czy może zerwać zaręczyny, nie podając mu powodu, aby nie czynić go młodym wdowcem? A może jednak powiedzieć i oczekiwać wsparcia? A może jednak nie mówić, by nie zaczął mnie traktować inaczej?

 To ona umówiła mnie na wizytę do ginekologa. I to ona w przepływie euforii wybierała czerwony biustonosz z koronką jako prezent dla moich piersi, gdy okazało się, że jednak są zdrowe.

Powiedz mi teraz, jak mogłabym nie uznać jej za najważniejszą osobę mojego życia?

Ona jest kimś kto daje mi całą siebie. Kimś, kto nieustannie mi towarzyszy, analizuje moje myśli, motywuje do działania. Jest surowa. Wie na co mnie stać i czasem wyrzuca mi, że nie wykorzystuję całego swojego potencjału. Czasem wściekam się na ten jej perfekcjonizm, a hasło „rób coś dobrze albo wcale” czasem mnie przytłacza. Chciałabym móc pozwolić sobie na zrobienie czekać nieidealnie, ale ją to drażni. I znowu je wtedy chipsy. Ostatnio te o smaku serka fromage to jej ulubione.

Daleko jej do ideału. Ma wady. Ja też je widzę. I denerwują mnie one czasem tak bardzo, że mam dość jej wiecznego nadzoru.

Wysłuchuje, doradza, analizuje myśli, układa plany, rozstrzyga problemy, towarzyszy, zna każdą  emocję, rozumie, motywuje, inspiruje, czasem się śmieje, a czasem płacze, przeżywa osobiste końce świata i cieszy się z każdego odrodzenia. To jaką jestem osobą i jakie mam życie zawdzięczam przede wszystkim jej.

A tak rzadko to sobie uświadamiam. Jak większość ludzi mam tendencje do generalizowania i czasem dostrzegam tylko jej wady, które są zaledwie ułamkiem jej osobowości. Zapominając, że jest bezapelacyjnie najważniejszym człowiekiem w moim życiu.

Postanawiam sobie dziś, patrząc jej głęboko w oczy zerkające na mnie z tafli łazienkowego lustra wyszeptać:

Dziękuję ci za to jaka jesteś. Bo jesteś wspaniała! Dokładnie taka jaka jesteś. Nieidealna. Ale za to unikatowa. Prawdziwa. Wyjątkowa. Nie jesteś ani za bardzo, ani za mało jakaś.

Jesteś w sam raz.

Nie musisz być we wszystkim najlepsza. Nie wszyscy cię muszą lubić i ty też nie musisz lubić wszystkich.

 Jesteś głównym bohaterem w książce mojego życia i piórem, które tą historię spisuje. A to, że czasem pojawiają się kleksy… cóż… wielowątkowe, niedoskonałe postacie zawsze zyskiwały moją największą sympatię!

Przyłączysz się? 😉

A czy Ty lubisz siebie?

Jak byś sama siebie opisała?

Za co jesteś sobie wdzięczna?

 

PS. Ten tekst znalazłam w otchłaniach mojego komputera. Napisałam go kilka lat temu, gdy zarówno ja, jak i moje życie to był zupełnie inny rozdział. W niczym nie podobny do dzisiejszego. Od tamtej pory dużo się zmieniło. Zarówno moje życia jak i ja sama. Zaczęłam mieć do siebie więcej pretensji, żalu, roszczeń. Cieszę się, że natknęłam się na ten tekst, choć wydarzenia w nim opisujące są mocno nieaktualne. To tak jakbym przeczytała list od siebie samej z przeszłości. I dał mi dużo do myślenie. Dużo przypomniał, dużo uświadomił. Znalazłam go wczoraj- w Dzień Przyjaciela.

Wierzycie w przypadki?