Cieszę się, że to właśnie ja mogę do Ciebie napisać pierwszy prawdziwy list. Taki na gładkim papierze, który za kilka lat pożółknie i pachnieć będzie nie tylko moimi perfumami, ale także przeszłością, która nas łączy. Prawdziwy list, w kopercie klejonej zwilżeniem języka, znaczkiem pocztowym i moim lekko pochyłym pismem w prawą stronę. I nawet jeśli otrzymasz wcześniej inne listy, i tak mój zostanie napisany pierwszy, w momencie gdy tylko ja Cię znałam naprawdę.

Chcę Ci powiedzieć, że siedzę właśnie w naszej ulubionej kawiarni z widokiem na Wisłę i popijam wolno gorącą czekoladę z bitą śmietaną i z obowiązkowym, kruchym ciasteczkiem na spodku filiżanki- tę samą, którą wielokrotnie piliśmy wspólnie podczas popołudniowych spacerów. Powtarzałam sobie, że już więcej nie odwiedzę tego miejsca i wraz z ostatnim łykiem czekolady oddam przeszłości Twoje wspomnienie i starannie zamknę drzwi. Teraz sama widzę, że to tylko iluzja, a ten list jest dla mnie kluczem do twojej pamięci.

Chcę, żebyś wiedział, że od początku byłam świadoma, że nie mam do Ciebie żadnych praw. I nigdy mieć nie będę.

Pamiętam dzień, w którym to wszystko się zaczęło. Październikowy, chłodny dzień, podobny do dzisiejszego. Przyjechałam do Krakowa najwcześniejszym pociągiem i wraz z moją poniszczoną już nieco walizką, poszłam zakwaterować się w akademiku. Miałam w sobie wiele marzeń i ambicji, co jest dość charakterystyczne dla studentów prawa. Zwłaszcza pierwszego roku. Pamiętam, że moim celem honorowym była niezależność finansowa, aby nie obciążać moich niezbyt zamożnych rodziców. To nie tak, że miałam z nimi zły kontakt jak wielu mi zarzucało, wręcz przeciwnie! I właśnie dlatego nie chciałam obarczać ich kosztami finansowymi za realizację moich marzeń i ambicji. Bardzo denerwowała mnie ambiwalencja większości moich rówieśników, którzy powtarzali, jak bardzo czują się samodzielni w mieście i że odnaleźli się w dorosłym życiu, ale nie przeszkadzało im to nieustannie zasypywać rodziców rachunkami, za argument koronny mając wyświechtane: „mają obowiązek zapewnić mi edukację”, nie widząc paradoksu. Zapominając, że ani studia, ani wyprowadzka z domu do jednego z droższych miast nie jest obowiązkiem. W Polsce obowiązuje edukacja do osiemnastego roku życia i nic ponadto.

Wiedziałam, że samo stypendium socjalne nie pokryje wszystkich kosztów utrzymania, więc już wtedy, pierwszego października, zaczęłam szukać dodatkowej pracy. Trzeba przyznać, że w Krakowie o to nie trudno. Jeżeli masz status studenta (brak konieczności odprowadzania składek przez pracodawcę), nie ograniczasz się do jednej branży, odpowiada ci nienormowany czas pracy (u większości studentów w grę wchodzi tylko taki), godzisz się na marny zarobek (bo przecież jesteś tylko studentem!) i nie koniecznie zależy ci na legalnej umowie to zauważysz, że oferty pracy bombardują cię z korkowych tablic, wielkich słupów czy z lokalnych gazet.

Ja wybrałam kilka interesujących mnie ogłoszeń i tuż po zakończeniu pierwszego dnia wykładów zaczęłam dzwonić. Pierwsze ogłoszenie dotyczyło opieki nad małym chłopcem. Od lat zajmowałam się młodszym rodzeństwem więc bez wahania oderwałam numer przy tym własnie ogłoszeniu. Dodzwoniłam się po piątym sygnale. W słuchawce usłyszałam łagodny głos kobiety z dystyngowanym słownictwem i dykcją. Powiedziała, że poszukuje opiekunki dla jej czteroletniego synka, którego nie chce jeszcze posyłać do żłobka, a ona sama nie ma czasu zajmować się nim cały dzień. Fakt, że proponowała mi dziesięć złotych na godzinę netto, czyli więcej niż mój ojciec zarabia jako ochroniarz w galerii handlowej, sprawił, że już następnego dnia dzwoniłam do domofonu wielkiego jednorodzinnego domu w centrum Kazimierza. Wcześniej myślałam, że w tej jednej z piękniejszych dzielnic Krakowa znajdują się same stare kamienice. Wnętrze domu bardziej przypominało barokowy wystrój sali balowej, niż miejsce, które zamieszkiwała trzyosobowa rodzina. Czułam się niestosownie ubrana w mojej fioletowej, wodoodpornej kurtce przy wielkich lustrach w złotej oprawie.

Okazało się, że kobieta- moja pracodawczyni- ma nie tylko dystyngowany sposób wysławiania się, ale całą swoją obecnością podkreśla swoją elegancję i podniosłość. Później dowiedziałam się, że jest diwą w krakowskiej operze, co w żaden sposób mnie nie zdziwiło. Ojca dziecka, a jej męża nie było, bo podobno załatwiał jakieś ważne sprawy zawodowe w Sidney.

Pokój czterolatka był urządzony lepiej niż przedszkole w mojej miejscowości, a sam Szymon- do którego wyłącznie w taki sposób zwracała się matka- spał rozkosznie otulony kołdrą w złote gwiazdki.

Patrząc na ślad zaschniętej śliny w kącikach jego uchylonych ust przyjęłam tę posadę, odrzucając kuszące oferty z innych ogłoszeń na stanowisko kelnerki lub marketingowe usługi w jednej z większych portugalskich firm działających w Polsce, czyli jako kasjerka w Biedronce. Po części dlatego, że fascynował mnie świat możnych krakowian, które w moich śmiałych marzeniach miał stać się w przyszłości moim światem. Po części dlatego, że patrząc wówczas na zaschniętą ślinę, przypominała mi się zaschnięta ślina w kącikach ust mojej małej siostry, za którą już zaczynałam tęsknić, a po części dlatego, w co głęboko wierzę, że byliśmy sobie od początku przeznaczeni.

Pamiętam, że chwilę później, gdy już miałyśmy z Twoją matką uzgodnione szczegóły, obudziłeś się i zdezorientowany obecnością obcej osoby posłałeś mamie swoje czekoladowe spojrzenie, które tylko domyślałam się wówczas- miałeś po ojcu.

– Szymonie, to pani Basia, twoja nowa opiekunka- powiedziała dystyngowanie, nie biorąc Cię na ręce, a ja byłam zszokowana oziębłym tonem głosu, bardziej stosownym do karcenia nastolatka przyłapanego na konsumowaniu Jacka Danielsa, niż do nie do końca rozbudzonego czterolatka.

Ty chyba też odebrałeś to jako swoistego rodzaju karę, powodu której nie pamiętasz bo zacząłeś płakać i wyciągać ręce w stronę kobiety, która już gotowa była do wyjścia. Owszem, wzięła Cię na ręce, ale tylko po to, by podać Cię mnie i nie zważając na Twoje spazmatyczne łkania w desperackim proteście wyjść stukając swoimi perfekcyjnie lśniącymi szpilkami, a mi przez myśl przelatywało jeszcze nachalne pytanie dlaczego ta dostojna pani do obcej osoby zwraca się zdrobnieniem imienia podczas gdy do małego synka tak oficjalnie.

Nie bardzo wiedziałam co robić. Zdawałam sobie sprawę, że nienawidziłeś mnie w tym momencie, intensywną nienawiścią jaką mogą odczuwać tylko dzieci i absolutnie Ci się nie dziwiłam. Pierwszą godzinę leżałeś skulony na dywanie i płakałeś, a mnie serce się krajało. Pomyślałam o mojej mamie i o tym jak bardzo jej nie doceniałam. Przypomniał mi się moment, gdy będąc małą dziewczynką,mama miała w mieście ważne załatwienia i poprosiła starszą kuzynkę, aby się mną zaopiekowała. Ja natomiast nie chciałam za nic w świecie ją puścić i moja mama została z nami tak długo, dopóki nie zabawiłyśmy na tyle, by wyjść niepostrzeżenie.

Przyznam Ci się, że przez tę godzinę porównywałam nasze matki wielokrotnie. To, że moja matka ma zniszczone włosy i rzadko wymalowane usta, zarabia niewiele ponad najniższą krajową i nie wyraża się w tak dystyngowany sposób, natomiast nigdy nie stworzyła w swoich dzieciach poczucia osamotnienia i odrzucenia.

Po tej godzinie było mi Ciebie już tak szkoda, że wolałam żebyś mnie pogryzł w ataku agresji niż żebyś wypłakał sobie oczy w zapewne drogi dywan.

Wzięłam Cię sposobem.

Postawiłam na środku pokoju dwa krzesła. Oczywiście z złotym obszyciem. Naprzeciw nich jeszcze dwa i wszystko to przykryłam wielkim kocem, tworząc prowizoryczny namiot. Widziałam, jak zerkasz spod dłoni na której się opierasz z ciekawością charakterystyczną dla czterolatków. Do środka zabrałam tablet, o którym Twoja matka powiedziała, że służy do „edukacji i rozrywki Szymona” i włączyłam z internetu wesołe piosenki dla dzieci. Czekałam w środku. Automatycznie przełączały się kolejne utwory, a Ciebie nadal nie było. Już wtedy dawałeś mi znać, że jesteś uparty. Odczekałam jeszcze „Jadą, jadą misie” i poszłam do kuchni w poszukiwaniu broni ostatecznej. Choć chwilę mi to zajęło, wróciłam zadowolona i po kryjomu, główny łup schowałam w namiocie, a od Ciebie aż do wejścia namiotu ustawiłam rząd cukierków tofi, mówiąc podniosłym tonem:

-kieruj się aleją słodkości, aż dojdziesz do tajemniczego namiotu w którym czeka niespodzianka.

I czmychnęłam pod koc.

Muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem Twojej silnej woli. Musiałam odczekać aż trzy zwrotki „kaczuchów” zanim usłyszałam pierwszy szelest odpakowywanych cukierków. Później drugi i trzeci. Pozostałych już nie i choć nigdy mi się nie przyznałeś, podejrzewam, że resztę schowałeś do kieszeni. Wszedłeś na czworakach, a ciekawość przedzierała się pośród urazy i rozpaczy, która wolno zaczęła się rozpływać w Twoim spojrzeniu.

– skąd przybywasz mały wojowniku?- kontynuowałam zabawę

Widziałam zmieszanie na Twojej twarzy. Dopiero później uświadomiłam sobie, że bawiłeś się z dorosłym po raz pierwszy!

– z dywanu…- to były pierwsze słowa jakie tego dnia do mnie skierowałeś. Udało się!

– W nagrodę za przebycie niebezpiecznej podróży mam dla ciebie przysmak wojowników- zawiesiłam na moment głos, by po chwili wyciągnąć zza pleców słoik nutelli. Otworzyłam go i pierwsza zanurzyłam palec w gęstym, czekoladowo-orzechowym kremie i zlizałam go.

– mama nie pozwala mi jeść palcami- powiedziałeś nieśmiało- mówi, że to niehigieniczne.

Trzeba przyznać, że dykcję i zasób słownictwa, nawet jako czterolatek, miałeś po matce.

– wojownicy nie używają łyżki, będziesz mógł ją użyć dopiero wówczas gdy na powrót staniesz się małym chłopcem. To sekret wojowników- szepnęłam konspiracyjnie.

To Cię ostatecznie przekonało do zjedzenia palcem, a później całą ręką pół słoika nutelli, którą później musiałam zmywać z Ciebie hipoalergicznym mydłem, które znalazłam w łazience. Musiałam też czyścić koc, który ubrudziłeś wymachując nutellową rączką podczas tańca wojowników. Uśmiechałeś się. Jak normalny czterolatek. Pamiętam też, kiedy ten uśmiech znikł z Twojej twarzy. Gdy na nowo słychać było stukot szpilek i przekręcanie klucza w drzwiach. Cieszyłeś się na widok matki, to pewne, jednak cień niepokoju przemknął przez Twą piękną twarz, jakbyś bał się, że za chwilę odkryje naszą „nutellową zbrodnię”. Mimo obaw i rannego odrzucenia podbiegłeś do niej z wyciągniętymi ramionami. Tylko dzieci potrafią tak bezkompromisowo kochać. I wybaczać.

Przytuliła Cię i muszę przyznać, że pomimo wielu złych rzeczy, jakie na jej temat tego dnia pomyślałam, w tamtym momencie uświadomiłam sobie że ona też Cię kocha i że tęskniła i że chciałaby dać Ci to co najlepsze. Po prostu różni ludzie różne rzeczy uważają w życiu za najlepsze. To dla mnie ważne, żebyś wiedział, że byłam i nadal jestem tego świadoma.

Wyszłam wykończona, ale i czując satysfakcję, że potrafiłam przebić się przez Twoją skorupę i nie mogąc się doczekać jutra, traktując Cię troszkę jak wyzwanie. Nie byłeś taki jak Twoi rówieśnicy. Byłeś poważny, dystyngowany, skomplikowany. Byłeś dla mnie dochodzeniem i sprawą, której się podjęłam.

Następnego dnia już nie płakałeś, co mnie zdziwiło, bo przeciętny człowiek potrzebuje około dwóch tygodni do adaptacji i zaakceptowania zmiany otoczenia, nawet jeśli te zmiany mu się podobają. Doskonale to widać na codziennych, około dwutygodniowych płaczach dzieci odprowadzanych do przedszkola. Później się przyzwyczajają.

Polubiłeś mnie i wiedziałam, że codziennie na mnie czekasz, co było bardzo miłe. Oglądaliśmy bajki, choć częściej je czytaliśmy, budowaliśmy z klocków samoloty i statki, malowaliśmy farbami liście, które przynosiliśmy z codziennych, długich spacerów wzdłuż Wisły, gdzie zahaczaliśmy czasem o mini plac zabaw, a później, gdy nos już miałeś czerwony, szliśmy do małej kawiarni na gorącą czekoladę z bitą śmietaną i obowiązkowym, kruchym ciasteczkiem na spodku filiżanki. Wąsy powstałe z bitej śmietany pozwalały nam udawać, że jesteśmy kotami-agentami, pamiętasz?

Któregoś dnia szliśmy na spacer naszą ulubioną trasą wzdłuż Wisły, a z smutnego nieba spadały ciężkie krople deszczu, jakby zapowiadając czekającą nas rozpacz.

Ale my tego wówczas nie zauważaliśmy. Trzymając się za ręce przyglądaliśmy się powstałej tęczy i ludziom, którzy nas mijali szybkim krokiem, zasłaniając głowę torebką lub parasolem. Pamiętam, jak w przypływie dziecięcych emocji, skoczyłeś z rozpędu do kałuży. Śmiałeś się przy tym, ale po chwili spojrzałeś na mnie niepewnie i wybełkotałeś wstydliwe „przepraszam”. Jakże smutne musiało być Twoje dzieciństwo! Ja wskoczyłam do drugiej kałuży, później do jeszcze jednej. A Ty z początku niepewnie, później z radością wskakiwałeś tuż za mną. Jak mama królik z małym króliczątkiem.

Wtedy po raz pierwszy tego zapragnęłam.

Być mamą. Twoją.

Absurdalne, prawda? Pamiętasz jednak może, co powiedziałeś mi tego wieczoru gdy ubrany w swoją piżamkę w dinozaury dzielnie walczyłeś ze snem wkradającym się pod Twoje ociężałe powieki? „Ale dzisiaj był fajny dzień, mama nie pozwala mi skakać po kałużach. Chciałbym żebyś ty nią była.”

Miesiące mijały, a mi życie w Krakowie ograniczało się do rytmu studia-Ty-akademik, nie miałam czasu na znajomych, a tym bardziej na imprezowanie z nimi. Pierwszy raz dotkliwie to odczułam podczas pierwszej sesji zimowej, gdzie wzięłam sobie dwutygodniowy urlop, aby móc dokładnie nauczyć się Historii Prawa. Po raz pierwszy spędziłam tyle czasu w akademiku i po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że nadal nikogo nie znam. Później były Święta Bożego Narodzenia i wróciłam do domu. Nareszcie! Bardzo stęskniłam się za moimi rodzicami, rodzeństwem, a zwłaszcza za najmłodszą siostrą, uczucia do której przez ostatnie kilka miesięcy przelewałam na Ciebie. Po kilku dniach pobytu w domu uświadomiłam sobie, że im dłużej z nią przebywam, tym bardziej myślę o Tobie, analizuje jak Ty byś się zachował, jak spędzasz święta. Najzwyczajniej w świecie tęskniłam. Za czterolatkiem.

Może to dziwne, ale troszkę się cieszyłam, gdy święta dobiegały końca i że znów Cię zobaczę- mojego jedynego przyjaciela w wielkim mieście.

Po powrocie dowiedziałam się od Twojej matki, że Ty również o mnie pytałeś niemal codziennie, co potwierdziłeś promiennym uśmiechem. Jednak ten uśmiech nie miał trwać długo. Nie minął nawet tydzień gdy analizując harmonogram zajęć na nowy semestr zauważyłam, że doszło mi mnóstwo nowych zajęć. Od rana do wieczora. Z zbyt krótkimi przerwami w środku, abym była w stanie dostać się do odległego Kazimierza i choćby pójść z Tobą na spacer.

Z bólem serca poinformowałam Twoich rodziców (poznałam wówczas Twojego ojca! Był jeszcze w domu z powodu urlopu świątecznego, ale pakował już walizki do wyjazdu na kongres w Rio. I tak, oczy masz zdecydowanie po nim, jak niegdyś się domyślałam.) Muszę przyznać, że postąpili bardzo wyrozumiale, wypłacili mi dwukrotność mojej wypłaty i spytali tylko czy mam może jakąś koleżankę do polecenia na moje miejsce. Nie miałam.

Trzy dni domyślałam się tylko co musisz przechodzić z nową opiekunką. A raczej co ona z Tobą. Na koniec trzeciego dnia, zatelefonowała Twoja matka, nieomal błagając mnie abym wróciła. Mówiła, że wrzeszczysz i nikt nie może sobie z Tobą poradzić. Że sama mogę wybrać porę i zakres obowiązków, byle tylko mieć z Tobą kontakt i trzymać Cię w ryzach. Zaproponowała podwyżkę, a nawet pokój do wynajęcia w Waszym domu. Przyjęłam obie oferty wyobrażając sobie, jak bardzo musiałeś być niegrzeczny.

Spakowałam swój skromny majątek i następnego dnia stałam na progu Waszej posiadłości z sfatygowaną walizką, a Ty rzuciłeś mi się w ramiona. Pokój, który przygotowała dla mnie Twoja mama był mały, ale w tak samo eleganckim stylu i bezpośrednio dolegał do Twojego. Już wcześniej, kiedy w nim bywałam nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ten pokój został przygotowany z myślą o drugim dziecku, którego Twoi rodzice nie mieli.

Żyło nam się dobrze. To ja objęłam rolę gospodyni domu i choć nie było mnie całymi dniami, to wieczorem zawsze miałam czas pójść z Tobą na spacer i przeczytać bajkę, a gdy zasnąłeś gotowałam zupę z warzyw na następny dzień, bo patrzeć nie mogłam jak matka żywi Cię coraz częściej frytkami lub pizzą zamawianą z baru za rogiem, gdy ja tej zupy nie ugotowałam, a noce spędzałam z nosem w Kodeksie Cywilnym lub Prawie Podatkowym.

Mijały kolejne tygodnie, podczas których tuż po przebudzeniu częściej przychodziłeś po porannego buziaka do mnie niż do matki, czasem próbowałeś uczyć się razem ze mną, gdy leżąc na brzuchu prosiłeś, abym przeczytała „te grube, nudne książki”. Co raz rzadziej natomiast reagowałeś w jakikolwiek sposób na stukot szpilek i miałam wrażenie że zwracasz się do matki, tylko wówczas gdy chciałeś zdobyć nowe klocki lego, które zobaczyłeś w telewizji. Dostawałeś je następnego dnia.

Twoja mama jest osobą inteligentną i dość szybko spostrzegła co się dzieje. Od tamtej pory obserwowała mnie i wytykała każdy najmniejszy błąd. Domyślam się, że myślała, że to ja nastawiam Cię przeciwko niej. Poczuła, że Cię traci.

Mój Drogi Szymusiu, chcę abyś pamiętał, że owszem, niejednokrotnie myślałam sobie o Twojej mamie niepochlebnie, natomiast nigdy nic z tych myśli Ci nie zdradziłam. Aż do tego momentu. Ale w chwili, gdy mam nadzieję, dostaniesz ten list, będziesz mężczyzną, który potrafi samodzielnie wyciągnąć wnioski z dzieciństwa.

Nastała kolejna sesja, a po nich wakacje, które ja- mimo sprzeciwu rodziny- spędziłam u Was w domu, argumentując, że nie mogę rezygnować ze stanowiska, które nie dość, że dobrze płatne, to jeszcze zapewnia mi dach nad głową.

Któregoś razu gdy było zbyt gorąco by wyjść na spacer powiedziałeś, że narysujesz swoją rodzinę. Na rysunku z prawej strony była scena, a na niej Twoja mama, u góry samolot, w nim Twój tata, a na środku kartki Ty i ja bawiących się w krzesełkowy namiot. Jakże smutne było Twoje dzieciństwo!

We wrześniu poszedłeś do przedszkola. Byłam z Ciebie taka dumna, że dość spokojnie przechodzisz pierwsze szczeble do przystosowania społecznego.

Uczyłam Cię wierszyka na wystąpienie pt. „Jestem przedszkolakiem”, na które zaproszeni byli wszyscy rodzice. Twoi nie przyszli.

Wieczorem, płakałeś i znów mi powiedziałeś, to co pragnęłam usłyszeć: że wolałbyś, żebym to ja była Twoją mamą…

… a Twoja biologiczna mama stała pod drzwiami. I wszystko słyszała.

Miałam pół godziny na spakowanie walizek. Zagroziła, że jeśli kiedykolwiek zobaczy mnie w okolicach Waszego domu lub przedszkola to zadzwoni na policję.

Nie dziwię się jej i nie próbuję oceniać, choć uwierz, że miliony razy poddawałam ją mojej analizie. Może została mamą zbyt wcześnie i nie była na to gotowa? Może jej mama również obdarzała ją chłodem i dystansem, także teraz ona również potrafi tylko to zaoferować? Może tak bardzo czuła się nieszczęśliwa z powodu ciągłych nieobecności męża, że nie była w stanie samodzielnie funkcjonować w domu, który miał być domem jej rodziny, a nie jej i jej dziecka?

To wszystko tylko domysły, ale jedno jest pewne. W momencie gdy usłyszała te słowa serce jej pękło, tak jak Tobie pękło podczas jej nieobecności na Twoim pierwszym w życiu wystąpieniu.

Ona zawsze będzie Twoją mamą i zawsze będzie Cię ranić, przez co, gdy będziesz czytał ten list, zapewne będziesz czuł do niej wielki żal. Pamiętaj, że Ty też ją niejednokrotnie zraniłeś. Nie zrzucaj całej winy na nią, teraz obydwoje jesteście dorośli.

Spakowałam walizki, po raz ostatni pocałowałam Cię w czoło i spojrzałam na ślad zaschniętej śliny w kącikach Twoich uchylonych ust.

Nieczęsto zdarza się, by ktoś stracił pracę, miejsce zamieszkania i najlepszego przyjaciela w jeden dzień. Nieczęsto spotyka się takie osoby w jednych z mniejszych kawiarni z widokiem na Wisłę w fioletowej, przeciwdeszczowej kurtce, trampkach i włosach splecionych w staranny warkocz popijając gorącą czekoladę z bitą śmietaną i obowiązkowym korzennym ciasteczkiem na spodku filiżanki. Częściej osoby takie spotkać można w barze przy kolejnym piwie, w kościele lub w powyciąganej koszulce i niemytych włosach od kilku dni w łóżku, który pozostał im jako jedyny przyjaciel.

Ale ja nie mogę sobie pozwolić na taką rozpacz i beznadzieję. Byłam dla Ciebie wzorem i niejednokrotnie widziałam zachwyt w Twoich oczach, a to do czegoś zobowiązuje, prawda?

Powtarzałam sobie, że już więcej nie odwiedzę tego miejsca i wraz z ostatnim łykiem czekolady oddam przeszłości Twoje wspomnienie i starannie zamknę drzwi. Teraz sama widzę, że to tylko iluzja, a ten list jest dla mnie kluczem do twojej pamięci.

Wiem, że jutro rano, gdy swoim zwyczajem tuż po przebudzeniu przyjdziesz do mnie po porannego buziaka, doznasz w swoim życiu kolejnego rozczarowania, poczucia osamotnienia i opuszczenia. Te uczucia zbyt często Ci towarzyszą jak na tak młode lata.

Co Cię jeszcze czeka moje drogie dziecko?

Jutro zapewne mnie znienawidzisz, a ja łudzę się, że ten list, który zamierzam dostarczyć Ci w chwili Twoich osiemnastych urodzin- wystarczy by zmazać nagromadzoną przez lata urazę, którą z pewnością będziesz nosił w sercu. Nawet jeśli zapomnisz moją twarz- uraza i poczucie odrzucenia pozostaną. To zabawne, że emocje są trwalsze od wspomnień.

Są rzeczy między nami, o których nie sposób zapomnieć. To ja nauczyłam Cię jak być dzieckiem i to ja poruszyłam do działania Twoją wyobraźnię, natomiast Ty uświadomiłeś mi, że są w życiu ważniejsze rzeczy niż kariera, pieniądze i samorealizacja.

Dałabym naprawdę wiele żeby móc być Twoją mamą. Duchowo zawsze nią będę.

Masz w sobie wiele żalu: do matki, do ojca, do mnie. Ale teraz jesteś już dorosły i to nie ma znaczenia. Jedyne co możesz zrobić to wyciągnąć wnioski i nie skrzywdzić swoich dzieci.

Na zawsze będę Cię pamiętać, mój mały wojowniku,

Twoja przyszywana mama.

PS. życzę Ci, abyś w swoim dorosłym życiu nigdy nie zapominał jak być dzieckiem.

_______________________________________________________________________

Co myślicie o tym opowiadaniu, jako przedstawieniu nieoczywistej miłości?

Kto Waszym zdaniem najbardziej cierpiał? Szymon, jego mama czy Basia?