Są sprawy, na które od wieków, całe pokolenia szukają odpowiedzi: jaki jest sens życia, skąd się biorą choroby albo po co mężczyznom sutki. Są też sprawy, choć często istotne, nie podlegają naszej analizie. Jednym z takich tematów jest kwestia ciała.

Z pozoru poświęcamy mu dużo uwagi, zwłaszcza w ostatnich latach, gdy wzrasta świadomość zdrowotna i konsumencka. Kupujemy  jajka od kur z wolnego wybiegu, z komunikacji miejskiej przerzucamy się na rower, pijemy więcej wody z cytryną niż pepsi, wzrosła liczba sprzedawanych karnetów na siłownię czy mat do jogi. Jesteśmy świadkami eksplozji zainteresowania naturalnymi kosmetykami, a kupując nowe ubrania coraz więcej osób  sprawdza metki, wybierając raczej bawełnę, len lub kaszmir niż znacznie tańszy lecz sztuczny poliester.

CZYM DLA CIEBIE JEST CIAŁO?

Zmiany idą w naprawdę świetnym kierunku, nasze ciała są coraz lepiej wypielęgnowane, a my sami w coraz lepszej kondycji.

Super.

Tyle tylko, że można dbać o zdrowie i urodę nadal nie wiedząc czym dla nas tak właściwie jest ciało.

No bo czy zastanawiałaś się kiedyś czym ono dla ciebie jest?

Psycholożki Katarzyna Schier i Ewa Młożniak nie tylko zadały sobie to pytanie, ale poszły o krok dalej- zapytały o to inne kobiety. Poprosiły o dokończenie zdania: „Moje ciało to…”, a wyniki tego badania przetoczono między innymi w książce „Seksuolożki” Marty Szarejko. Pozwólcie, że zacytuję Wam jej fragment:

„Kobiety odpowiadały: narzędzie, organizm, wizytówka, mięso. Niewiele mówiło: „Moje ciało to ja”. Albo: „Moje ciało to część mnie”.

Polki są socjalizowane do instrumentalnego traktowania siebie. Język to odzwierciedla. Nie uczy się nas, że ciało jest mną, bo jest siedliskiem moich przeżyć, wspomnień, emocji czy myśli, że dzięki niemu doświadczam świata. Tylko tego, że jest kombinezonem, opakowaniem, które nie może przeżywać słabości związanych z chorobą, nie może mieć gorszego dnia i pod żadnym pozorem nie może źle wyglądać! (…) I nie wystarczy, że kombinezon jest dość dobry, czyli zdrowy, w miarę jędrny, otwarty na interakcję ze światem i przyjemność. Normy wyglądu są dla niego precyzyjnie określone- wystarczy wejść na Instagram, żeby dowiedzieć się, jakie ramię jest sexy, a jakie nie. Jaki powinien być brzuch, pierś, noga, wszystko.”

LUSTERECZKO, POWIEDZ PRZECIE, KTO JEST NAJPIĘKNIEJSZY W ŚWIECIE?

Fragment ten dał mi  bardzo dużo do myślenia. Idąc tym tokiem rozumowania można być piękną, zadbaną i dobrze ubraną kobietą, a nadal się z ciałem nie utożsamiać. Traktować siebie jedynie jako wizytówkę, która musi się nienagannie prezentować. I gdy głębiej się nad tym zastanowić znajdziemy, wiele sytuacji  potwierdzających te słowa. Myślą tak wszystkie kobiety, które nie idą na basen, choć kilkanaście lat temu uwielbiały pływać, bo wstydzą się swojego cellulitu. Częściej narzekamy na pociążowe rozstępy niż zachwycamy tym, jakie nasze ciało jest niesamowite, że dało życie prawdziwemu, małemu człowiekowi.

Mamy do ciała podejście roszczeniowe:  ma dobrze wyglądać i wiernie nam służyć, w dobrej kondycji znosić złe nawyki, zbyt długą pracę i brak snu.  A gdy ono odmawia nam posłuszeństwa i zaczyna chorować, obwiniamy je. Bo przecież nie teraz, bo ważny projekt, bo sesja, bo brak urlopu. Głupie ciało!

Na ile więc obecny kult dbania o siebie jest podyktowany sympatią do swojego ciała, a na ile chęcią włożenia go w Instagramowe normy?

RACHUNEK SUMIENIA Z MIŁOŚCI DO CIAŁA

Czy podejmujemy aktywność fizyczną po to by się lepiej poczuć, czy aby nasze pośladki były bliższe pośladkom  Ewy Chodakowskiej?

Wykonujemy makijaż by podkreślić  kolor oczu lub kształt ust, czy staramy się zakryć twarz, której w gruncie rzeczy nie lubimy?

Pijemy więcej wody mineralnej i jemy więcej owoców, by nasze ciało było zdrowe czy po prostu chcemy pozbyć się kilku kilogramów?

Przykłady można mnożyć.

I nie, nie ma nic złego w chęci wyrzeźbienia ciała, ani w diecie, ani w makijażu. Złe natomiast jest to, że często dbamy o ciało nie z miłości do niego, ale z jej braku. Tresujemy je, sprawdzamy ile może z siebie dać, nim odmówi nam posłuszeństwa, karcimy za dodatkowe kilogramy, pryszcz, cienie od oczami i…. tresujemy jeszcze mocniej. Ostrzej. Często brutalnie. Nie ma wtedy mowy o szacunku do własnego ciała.

Zdajemy się nie dostrzegać, że to jak same postrzegamy swoje ciało, oraz to jak je traktujemy wpływa również na nasz umysł. Na samoakceptację, poczucie własnej wartości, zadowolenie i  radość  z życia.

TRAKTUJ SWOJE CIAŁO JAK UKOCHANEGO CZŁOWIEKA

Z czułością. Akceptacją. Troską. Zrozumieniem.

Jak kogoś, kogo kochamy nie dlatego, że nie ma wad, ale pomimo wad.

Tak samo z ciałem- mogą nam się nie podobać odstające uszy i cienkie włosy, ale pomimo to, możemy je lubić i szanować.

Nie traktujmy ciała jak maszyny albo obrazu, który choć piękny, jest tylko dekoracją.

CIAŁO TO JA

Dreszcz podczas pierwszego pocałunku, włosy falujące podczas kąpieli, taniec, truskawki ze śmietaną, masaż i śmiech. To uśmiech posyłany samym spojrzeniem, rumieniec, jazda na rowerze i przyspieszony oddech.

Ciało to siedlisko wspomnień, przeżyć, emocji.

Ciało to ja.

Ja.

Nie tylko opakowanie.

__________________________________________________________________

Cytowany fragment pochodzi z książki „Seksuolożki” Marty Szarejko. Serdecznie Wam tą książkę polecam, daje wiele do myślenia nie tylko na temat seksualności kobiet w Polsce, ale o kobiecości w ogóle.

A może któraś z Was już czytała? Jak wrażenia?