W temacie miłości często spotykam myślenie: wszystko albo nic. Być albo nie być. Kochasz albo nie kochasz. Jeśli kochasz, to nie masz żadnych wątpliwości. Jeśli je masz, to już dawno przestałaś kochać, najlepiej rozstać się tu i teraz, po co sobie nawzajem marnować czas. Też to słyszałaś? A słyszałaś może o tym, że swojego wybranka musisz darzyć samymi ciepłymi uczuciami, bo jeśli nie, to… lepiej się rozstać i poszukać kogoś kogo darzysz gorącym, niesłabnącym uczuciem? Słyszałaś? Bo ja słyszałam i za każdym razem zastanawiałam się czy ludzie nie pomylili bezwarunkowej miłości rodzicielskiej z warunkową (nazwijmy rzeczy po imieniu) miłością partnerską.

Moja miłość do męża nie jest bezwarunkowa. Mam wobec niego dużo wymagań i oczekiwań. Jest wielowymiarowa. Ma swoje wzloty i upadki.

Drugi rok małżeństwa był trudny. Odzierający z złudzeń. Ale jak nigdy szczery, pełen nadziei,  przyjacielski i bardzo, bardzo rozwijający.

Wiele się wydarzyło. Nadeszło zderzenie uczuć i hasła „najważniejsza jest miłość” z prawdziwym życiem.  Wydarzyły się rzeczy, które nie powinny się wydarzyć. Inne z kolei się nie wydarzyły, choć powinny już dawno. Padły raniące słowa.   Nadeszły natarczywe myśli, nie pasujące do głowy mężatki. Wzajemne pretensje. Rozczarowania. Żal.

Przeszliśmy rewolucję.

Ale były też cudowne chwile. Zostaliśmy rodzicami i okazało się (w co nigdy nie wątpiłam), że mój mąż jest najwspanialszym i najczulszym tatą na świecie, a że nasze małżeństwo naprawdę jest partnerskie. A gdy dowiedziałam się o wypadku męża (na szczęście nic poważnego, ale początkowo nie wiedziałam tego) to uświadomiłam sobie, jak bardzo go kocham.

W tym roku obchodzimy z mężem nie tylko drugą rocznicę ślubu, ale też  świętujemy dziesięciolecie bycia razem. To szmat czasu. Nawet mój tata, podsumował kiedyś, że my to się prawie razem wychowaliśmy.

Ludzie czasem pytają mnie jak to jest mieć jednego mężczyznę przez całe życie.  Z nikim innym nie chodzić na randki, z nikim innym się nie całować i z nikim innym nie snuć wspólnych planów. Tylko, że mój mąż nie jest już tym nastoletnim chłopakiem, którego poznałam i którego peszył mój wzrok. Nie jest nawet tym samym mężczyzną sprzed dwóch lat, który to w dniu zakładania na palec ślubnej obrączki miał pełną wizję życia i pewność, że wszystko potoczy się dokładnie tak jak zaplanował. Jest zupełnie inną osobą. Zmieniły się plany, zmieniły priorytety. Zmieniło się nasze życie, nasz związek, nasze relacje.

Tak jak my się zmieniliśmy.

Razem.

Dla siebie nawzajem.

Ja niemal namacalnie widzę, jak mój mąż zmienia się dla mnie. Jak przewartościowuje swoje idee, podejmuje decyzje, których jeszcze jakiś czas temu by nie podjął. Jak stara się mnie zrozumieć. Jak bierze odpowiedzialność za to, żeby żyć w szczęściu, a nie tylko wspólnie.

Kiedy wieczorami  pijemy herbatę, i z nad czytanych książek posyłamy sobie uśmiechy to czuję spokój.

Gdy każdej nocy przynosi mi syna do karmienia- wiem, że nie mogłam wybrać lepiej.

Gdy na moje narzekania, wściekłość  i pretensje reaguje cierpliwością, łagodnością i chęcią zmiany, czuję narastającą miłość.

Kiedy wspólnie ekscytujemy się wizją wspólnie spędzonej emerytury, wiem, że to właśnie z nim chcę się zestarzeć.

W prezencie ślubnym w formie dedykacji napisałam mężowi wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

Na wspól­ną ra­dość,
na chleb po­wsze­dni,
na po­ran­ne otar­cie oczu
w bla­sku sło­necz­nym,
na nie­usta­ją­ce sobą zdzi­wie­nie,
na gniew, krzyw­dę i prze­ba­cze­nie
wy­bie­ram Cie­bie.

Czy da się bardziej szczerze opisać małżeństwo?