W mglisty poranek, długi korytarz oświetlała jedynie stara, pożółkła lampa mrugając irytująco, jakby sama się jeszcze porządnie nie rozbudziła. To była klasa maturalna, więc na dodatkowe zajęcia z chemii co tydzień, punktualnie na siódmą rano przychodziliśmy wszyscy. Nie to, że chcieliśmy (chęć zdawania chemii na maturze zadeklarowało raptem kilka osób), co po prostu nie mieliśmy odwagi przeciwstawić się nauczycielce, która była postrachem nie tylko naszej szkoły, ale i całego miasta. Przykry to był obowiązek, kiedy poza nasza klasą, wszyscy pozostali uczniowie ożywiali swoimi rozmowami szare korytarza dopiero godzinę później. Przychodziliśmy zaspani, jedni siedząc na podłodze pod drzwiami klasy nerwowo przeglądali notatki, inni odpisywali zadanie domowe od zdolniejszych uczniów, jeszcze inni nieobecnym wzrokiem wpatrywali się w ekran telefonu, a co niektórzy dojadali pierwszą kanapkę wyciągniętą z plecaka, owiniętą w papier śniadaniowy. Często też siedzieliśmy w kółku i po prostu rozmawialiśmy.

– Ledwo wstałam – powiedziała jedna z dziewczyn- ale jak zrobiłam sobie makijaż to od razu poczułam się lepiej, ładniej i bardziej pewna siebie! Ty, Aśka, pewnie nie wiesz jak to jest, co? Hahahahahahaha

Tak. Wtedy jeszcze się nie malowałam. Sporadycznie używałam błyszczyk do ust, a pierwszy tusz do rzęs kupiłam dopiero na studniówkę (!).

Nie malowałam się, bo nie umiałam, nie czułam takiej potrzeby, moi rodzice byli kategorycznie przeciwni malowaniu się do szkoły, a ja sama zresztą uważałam makijaż większości koleżanek w moim wieku za przerysowany.

I tak, zdarzało się, że byłam z tego powodu  niemalże wytykana palcami.

*

-Aśka, weź coś zjedz. Prawdziwa kobieta musi mieć więcej ciała to tu to tam!

*

– No… ładne to twoje opowiadanie. ALE strasznie smutne. Dziewczyna w twoim wieku powinna pisać coś bardziej radosnego.

Miałam 12 lub 13 lat i w końcu odważyłam się pokazać moje pierwsze pisaniny bliskiej, dorosłej osobie. Nie muszę chyba mówić, że serce mnie bolało?

*

I jeszcze ostatni przykład.

W domu mojej babci stało mnóstwo doniczkowych kwiatów. Nie skłamię mówiąc, że było ich kilkadziesiąt. Stały wszędzie. Na każdym parapecie, stole, szafie i komodzie. Czasem nawet na podłodze. Pewnego razu babcia spytała mnie jakie ja mam kwiatki w domu. Odpowiedziałam, że nie mam ani jednego, bo wolę kwiaty cięte, nie w doniczkach. Oburzona odparła, że prawdziwa kobieta musi lubić wszystkie kwiaty. Co ze mnie za kobieta? Co za gospodyni? I choć z babcią miałam bardzo dobry kontakt, a te słowa wypowiedziała raczej w żartobliwym tonie, to jednak pamiętam je do dziś.

*

Prawdziwa kobieta musi…

… lubić gotować,

… sprzątać,

… chcieć mieć męża,

…chcieć mieć dzieci,

… nosić sukienki,

… nie przeklinać,

… ładnie siedzieć,

… malować się,

… być łagodna.

Też to słyszałaś, prawda?

Jako dziecko podchodziłam do tych słów bezrefleksyjnie, niemalże jak do prawdy objawionej. Ok, muszę być taka i taka bo inaczej nie wypada, bo będę niepełna, niewłaściwa, nie taka jak być powinnam. Refleksja dopadła mnie dopiero w dorosłym życiu.

Wiele mówi się o tym, że oczekiwania wobec współczesnej kobiety są ogromne i nierzadko nierealne, ale zapomina się, że te oczekiwania zaczynają się już w dzieciństwie i to zazwyczaj od najbliższych, którzy przecież chcą dla tej dziewczynki dobrze! Myślę, że wynika to z tego, że wiele osób (zaryzykuję stwierdzeniem, że większość) wypowiadając słowa nie zastanawia się jakie mają one konsekwencje dalekosiężne. Liczy się tylko tu i teraz, żeby prowadzona rozmowa była lekka i przyjemna.  Ale zwróć uwagę, że każdy podany przeze mnie przykład padał w takiej lekkiej rozmowie właśnie, a ja jednak pomimo upływu wielu, wielu lat, pamiętam je do dziś.

 Coraz częściej obserwuję, jak wmawia się nam, że słowem „przepraszam” można wszystko naprawić. Otóż ja się z tym nie zgadzam. Na przykład wpędzenie w poczucie powinności buduje się latami. I czasem zostaje z taką dziewczynką już na zawsze. Mając 30, 40 czy 50 lat, nadal będzie próbowała sprostać otaczającym ją oczekiwaniom aby zasłużyć na miano „prawdziwej kobiety”. A w dojrzałym wieku to już w ogóle zaczyna się jazda pod górkę bo wkracza się w nową erę pod hasłem „w tym wieku już nie wypada”.

Druga część kobiet któregoś dnia, najpewniej dzieciństwo mając już dawno za sobą zada sobie pytanie: Zaraz, zaraz… a niby dlaczego ja muszę taka być? Przecież ja nie lubię się malować i nie czyni mnie to gorszą od koleżanki wydającej pół wypłaty na nową paletkę cieni do powiek.  I odwrotnie: nie wykonując makijażu nie staję się automatycznie kobietą stawiającą intelekt nad urodą bardziej od kobiety lubiącą kolorowe pomadki. Mogę nie odczuwać mitycznego instynktu macierzyńskiego i nie muszę z tego powodu konsultować się z psychiatrą. Mogę przez 365 dni w roku zakładać tylko czarne spodnie i nie ujmuje to mojej kobiecości.

Mi dojście do wniosku, że to ja MOGĘ a nawet MUSZĘ sama zdefiniować czym dla mnie jest kobiecość  zajęło masę czasu i było okupione łzami i rozkopywaniem przeszłości. Ale od tamtej pory nauczyłam się zachwycać kobietami!  Inspiruje mnie to, jak każda z nas swoją kobiecość rozumie i przedstawia inaczej.

Zbliża się marzec, a więc  i Dzień Kobiet, który na moim blogu trwał będzie cały miesiąc! Jeśli jesteś zainteresowana tą tematyką, serdecznie zapraszam.

Jak to jest u Ciebie? Czy już przebyłaś drogę by odkryć swoją kobiecość?