Marka poznałam przypadkiem. Po prostu miałam epizod w swoim życiu, kiedy pracowałam jako opiekunka środowiskowa. Pewnego razu, w lipcu, pamiętam to dokładnie, MOPS przydzielił mnie do pani Stefańskiej, na czas urlopu stałej tam opiekunki. Jak sama ona mi opowiadała, środowisko dobre, dwie godziny dziennie, pani sprawna, ze schizofrenią paranoidalną, boi się wyjść z domu więc głównym moim obowiązkiem miało być codzienne dostarczenie zakupów. Środowisko niemalże idealne, jak przekonywała mnie moja poprzedniczka, gdyby nie syn pani Stefańskiej. Pięćdziesięcioletni alkoholik, bezrobotny, żyjący na garnuszku u swojej matki, zastrasza ją i bije.

Przyznam się, że byłam zaniepokojona, gdy po raz pierwszy naciskałam dzwonek do mieszkania numer 8 na rogu niczym nie wyróżniającej się ulicy mojego miasta. Wszystko się zgadzało. Pani Stefańska, rzeczywiście bała się opuszczać swoje mieszkanie, więc codziennie przynosiłam jej dość monotonne zakupy (wek, pół chleba, woda mineralna, 30 dkg wędliny, rosołki drobiowe, pół kilo ziemniaków, jakieś danie gotowe do odgrzania i zupę w torebce). Najgorsze były zakupy piątkowe, wszystkiego było do kupienia dwa albo i trzy razy więcej niż zwykle, aby zaopatrzyć się na weekend, podczas którego opiekunka jej nie przysługiwała.

I swojego syna również rzeczywiście się bała. Gdy mówiła o nim to tylko szeptem, a gdy był w mieszkaniu, zazwyczaj ukryty za gęstymi kłębami  dymu z papierosów kupowanych na sztuki z pobliskiego kiosku i wpatrzonego w seriale, nie mówiła prawie wcale. Ja również się go bałam, przez ten jej strach. Któregoś dnia przysiadłyśmy się do niego. Pani Stefańska chciała się położyć, a łóżko znajdowało się w tym samym pokoju co telewizor. Ona się położyła, a ja usiadłam na fotelu tuż obok Marka. Spytał mnie od kiedy pracuje, jak jeździ mi się po mieście rowerem, oraz jak znoszę lipcowe upały. Rozmawiał ze mną! Tak normalnie! Ten straszny Marek okazał się całkiem przyjacielski a ja byłam totalnie w szoku. Od tamtej pory już niemal codziennie przysiadałyśmy się do Marka, czasem chciała pani Stefańska, czasem ja pierwsza szłam do zamglonego pokoju. Rozmawialiśmy może nie jakoś długo, ale zawsze uprzejmie. Wydawało mi się, że on nie mniej jak ja był zdziwiony faktem, że może ze mną kulturalnie porozmawiać. Ja byłam w szoku, że pomimo rzeczywistego alkoholizmu, nie jest takim potworem i skończonym człowiekiem jak mi go przedstawiono, on z kolei był w szoku, że nie uważam go za takiego.

Któregoś dnia, w przerwie między serialami leciała jakaś reklama, której główną aktorką była mała dziewczynka. Kątem oka widziałam łzy w jego oczach. Opowiedział mi, że jako dwudziestokilkulatek ożenił się z piękną kobietą i miał dobrze płatną pracę w pobliskiej fabryce maszyn rolniczych. Na świat przyszła ich córeczka, Gabrysia, która niestety zmarła w wieku kilku lat. Nie powiedział mi dlaczego, ja nie miałam odwagi spytać, widząc kolejne łzy wypełniające jego bladoniebieskie oczy. Od tamtej pory jego żona załamała się. Przestała dbać o cokolwiek, o dom, jego, siebie, on z kolei nie potrafił jej pomóc. Zwolniono go z pracy, a żona niebawem od niego odeszła. Ona dziś ma drugiego męża i dwóch synów. On do dzisiaj ma łzy w oczach gdy widzi reklamę płatków śniadaniowych z małą, uśmiechniętą dziewczynką. Codziennie koło południa jedzie na cmentarz, gdzie pochowana jest Gabrysia, i każdego popołudnia wraca pijany. Codziennie też napotyka spojrzenia pełne pogardy, od ludzi, którzy nie zamienili z nim ani słowa, ale czują się upoważnieni do przyklejania mu popularnych etykietek: nierób, alkoholik, żul, margines, dno, żałosny.

A może samotny, opuszczony, zrozpaczony  i pogubiony?

Raz jeden spotkałam  Marka na ulicy po zakończeniu tam pracy. Skinął głową i uśmiechnął się do mnie, ale nie rozmawialiśmy. Wydał mi się zawstydzony, jakby dał się poznać za bardzo.  A może wstydził się piwa trzymanego w ręce? A może puszek w reklamówce, które szedł sprzedać?